Opowiem Ci krótko, o Miłości.

O tym, jak Ojciec przedstawił najnowsze swe dzieło najpierwszemu i Najdoskonalszemu z dotychczasowych swych dzieci.
„To jest twoje młodsze rodzeństwo – zaczął – W dziele jego stworzenia zawarłem wszystko co wiem i co potrafię. Postarałem się by zdolne było istnieć między wymiarami. Nie tylko ulepione zostało z materii nieożywionej, lecz także tchnąłem weń Ducha.”

Najdoskonalszy krytycznie przyjrzał się dziełu Ojca swego.
„Jak to, Ojcze – odrzekł – to stworzenie ma być zwieńczeniem talentu Twego? Ni ono największe, ni najsilniejsze, ni najszybsze z innych Twych dzieł, w których Duch materię ożywia.”
„Zyska świadomość, gdyż taką właściwość posiada – wyjaśnił Ojciec – Będzie przez to sam potrafił, w dwoistości swej natury, własną wolą nad materią panować.”

Najdoskonalszy, który mocą własnego ducha innych wolę w stanie jest łamać, choć sam z siebie nie jest w stanie ani na pół palca źdźbła trawy przesunąć, w oka mgnieniu pojął i zamysł i efekt pracy Stwórcy, Ojca swego.

„Istota owa będzie ci bratem” – obwieścił Ojciec. Jednak Najdoskonalszy, który wolę Jego zawsze z pokorą wykonywał, tym razem, miast nakazaną opiekę braterską roztoczyć nad najnowszym dziełem Pana, kształtując jego świadomość by chwałę Stwórcy opiewała, postanowił dzieło owe w oczach Pana pogrążyć, pozwalając na to by świadomość bratniej istoty naznaczyć zawczasu tym, na co gotową nie była.

Starszy, miłujący Stwórcę ponad siebie samego, nie kierował się w czystości intencji swoich zazdrością, bo i wartość swą znał i jako byt najwyższy szlachetnością czystą był w swej istocie. A i boski zamysł nie miał przed nim tajemnicy. Z natury swej krytyczny, chciał tylko zwrócić Stwórcy uwagę na to, w jak niedoskonałym naczyniu połączono boskie przymioty – jaźń, wolę i sprawstwo. Strwożyło go, że czas przyjdzie taki, gdy on przed Nowym Dziełem Pana ukłon będzie zmuszon złożyć, bo ono wzrośnie i odwieczny porządek zaburzy. A banalność, z której utkany był ów Młodszy brat Najdoskonalszego, kamieniem będzie mu ciążyć, przez to dzieł wybitnych nie dokona, a i inne byty tchnieniem Pana uformowane od czynów przełomowych odwiedzie. Tak sam siebie przekonawszy, Najdoskonalszy, by świat od przyszłej zguby ocalić, miast najnowsze dzieło Ojca swego do braterskiego współistnienia przyzwyczajać, działanie podjął by wykazać przed Stwórcą niebezpieczeństwo skryte w istocie Młodszego.

Poranka pewnego, który to przesycony był Miłością, iż tylko komu na zmysłach ułomnemu nie wyrwałaby się z serca pieśń uwielbienia, stanął Starszy przed Młodszym do czynu swego niecnego pętając wolę węża – słabą i na ledwie szept podatną.

 

A było tak, że po środku Ogrodu, w którym Młodszy, najpełniejsze z dotychczasowych dzieł Pana, miał wzrastać, miejsce poznania istoty świata się znajdowało. Zawierało rzeczy piękne, mądre i odważne ale i te sprawy, które znękany umysł w bezsilności wypluwa nie zaznawszy spokoju – mrzonki, idee chybione, lęki, obawy i chucie. Mówiąc krótko, pełen obraz świata, do którego jeno duch dojrzały i w swym kształcie okrzepły winien mieć dostęp.

I Starszy pokazał Młodszemu świat taki, jakim jest naprawdę, rozpalając w duszy Młodszego ciekawość i pragnienia, których ten wcześniej ni krzty przedtem nie doświadczył, przez co gotów nań nie był. A potem Najdoskonalszy podarował Młodszemu dar jeszcze okazalszy, z zamysłem, że do zguby owego niecnie się przyczyni. Podarował mu bowiem świadomość siebie. Ów duszy przymiot, który istocie myślącej pozwala dostrzec własną odrębność i autonomię i tak porządek spraw ustawić, by do swych celów rzeczywistość móc kształtować.

Młodszy doświadczywszy tej nienależnej mu iluminacji stanął następnie na wprost Pana i zdało mu się, niczym sztubakowi, co ledwie dorosłości liznął bez baczenia na konsekwencje, że przed równym stoi.

Zasmuciło to Stwórcę, gdyż widział jako zwieńczenie swej pracy namiestnika kreacji po sobie zostawić, Jemu podobnego, który, jako wspomniane już było, i koncept rozumie i po za horyzont zdarzeń wygląda, by świata spoistość nie zagrożoną była. Bez lęków wszczepionych, czy bezzasadnych natręctw. Któremu droga bez wątpliwości się objawia, a i bez ścieżek pobocznych, z których nieliczne tylko w obranym kierunku wiodą.
Odrzucił więc dzieło poza Ogrodu bramy, a i Najstarszemu los podobny zgotował odbierając mu w chwili słabości łaskę swego wejrzenia, z czym ów pogodzić się w stanie nie był, wierząc głęboko w siłę swych racji.

Lecz i Stwórcy się prawda zaraz ukazała, którą pojął od razu, przez swą doskonałość. Oto Młodszy jedynym jest manifestem dwoistości świata, a stworzenie innego, to ledwie miraże. Energia, która przenika tworzywo inaczej się bowiem ukształtować nie da, niż na sposób zawarty i w Stwórcy i w Młodszym, który był mu podobny w zamyśle swoim. Odrzucenie zatem Młodszego nie winno mieć miejsca!

Odnalazł więc Pan porzucone swe dzieło, pragnąc bałagan dokonany przez Najdoskonalszego, w duszy Młodszego poskładać. I jął cierpliwie nad nim pracować.
Najdoskonalszy zaś, który uznał, że niepotrzebnie skarcony został, zaprzysiągł sobie wykazać, że oto jemu, nie Stwórcy, racja przynależy, nagabując nieokrzepłą świadomość Młodszego do trwania w destrukcji, a nawet ucząc ją chaos i cierpienie gatunku swego metodą rozwijać. A czyni to wciąż kierowan miłością, i licząc, że miejsce utracone w kręgu uwagi Stwórcy odzyska.

Tak oto, nad Twoją i moją głową gra niezwykła się toczy Miłością znaczona, a nie nienawiścią. Bo Stwórca widzi w nas spuściznę swoją i pragnąc byśmy wzrastali na jego chwałę, odrębność naszą respektując zarazem. Najdoskonalszy zaś indukuje żeśmy niegodni, troszcząc się po swojemu o zamysł ukochanego Stwórcy. Dlań bowiem narzędziem jesteśmy, a nie równym bytem. My zaś, rozdarci, ulegamy i Stwórcy i Najdoskonalszemu i nieba sięgając i swój los plugawiąc. I za Pana swego mając i Stwórcę i Najdoskonalszego, choć to drugie zwrócenie rozsądkowi urąga.

A trwa to dla nas tak długo, żeśmy zapomnieli, choć zaprawdę istniejmy tu krócej niż gwiazdy.

Przez ów moment, co w strukturze eonów zaledwie jest drgnieniem.